Jakoś tak…

…smutno mi się zrobiło. Tęskno. Bo znowu tęsknię. Za kimś, za czymś… Jestem zupełnie do bani i nie umiem z tym nic zrobić. Do bani matka, żona, kochanka. Taka głupia koza, dla której wielkie „ach” to zasnąć i obudzić się w czyichś ramionach. Tylko tego kogoś nie ma, bo mimo, że blisko, od dawna jest bardzo daleko…

Po co????

Zwątpiłam właśnie w sens wszystkiego, co robiłam do tej pory. Wyjazd z Polski, pogoń za coraz lepiej płatną pracą, kupno domu, poszukiwania dobrej szkoły, jazda po 200 km dziennie żeby dziecko mogło do tej cholernej szkoły chodzić – i po co to wszystko??? Po to, żeby dowiedzieć się po raz kolejny że wychowałam sobie kłamcę, nieroba, nieuka, darmozjada??? Mogłam równie dobrze tkwić w gównianej pracy a on w gównianej szkole, klepać sobie biedę w Polsce i nie starać się zapewnić mu przyszłości lepszej od mojej. Nie chce mi się żyć. Nie mam ochoty na niego patrzeć. Najchętniej uciekłabym stąd gdziekolwiek i zaczęła wszystko od nowa, SAMA. I pewno tak się to właśnie skończy. Bo dzisiaj przestało mi zależeć.

Zima, zima zła :)

W Irlandii od tygodnia zima, a ja ze zwichniętym kolanem siedzę w domu :( Los taki.

Zima zaśnieżyła cały kraj i pięknie go sparaliżowała – szkoła zamknięta od tygodnia i młody się cieszy :)  
W przerwach w użeraniu się z developerem o poprawki próbuję rozpakować trochę rzeczy po przeprowadzce, zastanawiam się skąd dorwać jeszcze trochę ekstra kasy i czekam z niecierpliwością na święta. Pierwsze święta we własnym domu. U siebie, nie u kogoś obcego. Cudowne uczucie…
Odkryliśmy, że nasza psina UWIELBIA śnieg – skacze i tarza się w nim jak oszalała. Więc jedna wodę lubi, tyle, że w innej postaci, niż przeciętny Golden Retriever ;)

Ostatnie podrygi przed Wielkim Przylotem

Wariacki dzień dzisiaj, generalnie się posypał, a był tak doskonale zaplanowany…Rano do pracy, o 13 omówienie akt, nad którymi pracuję, o 16 odebrać psa od fryzjera, spóźnić się ok. godziny na studia, wrócić do domu o 20 a w domu wszystko cacy, odkurzone, umyte i takie tam.W praktyce? Rano do pracy, sprawdzam maila, szefowa pisze, że dzisiaj o aktach nie porozmawiamy, bo ona jest chora (jak zwykle jak jest coś do zrobienia) i raczej się w biurze nie pojawi. Szlag by to, bo omawianie akt jest procesem długotrwałym i stresującym. A po świętach to tak naprawdę mam jeden dzień w pracy, bo potem jadę do Polski. Nieważne, zrobię co mam do zrobienia i pojadę po psa. W połowie dnia dzwoni szefowa i mówi, że chyba jednak porozmawiamy bo ona być może pojawi się w biurze koło 15. Co to, to nie, pies nie będzie czekał u obcych ludzi i się niepotrzebnie stresował. To może jutro po południu? O nie, kochana, jeżeli koniecznie jutro to tylko wcześnie rano, bo po południu odbieram wujka z lotniska. Rano zostało zaakceptowane z jękami, jednakowoż godzina dokładna wyznaczona nie została. Nic to, damy radę. Punktualnie o 16 stawiłam się u psiego fryzjera tylko po to, żeby dowiedzieć się, że pies nie jest gotowy. W domu byłam o 17.12 czyli plan godzinnego spóźnienia na studia już szlag trafił, bo zajęcia zaczęły się o 16. Dobra, myślę sobie, chociaż na godzinkę pojadę, zawsze lepiej gębę swoją pokazać. Pies spacyfikowany w domu, ja do auta, słyszę, SMS jakiś mi plumka. Wysiadam z auta (bo torebka inteligentnie na tylnym siedzeniu), telefon w łapę i co czytam? Że zajęcia się dzisiaj kończą o 18, więc nie ma chyba sensu, żebym jechała. No pewnie, kurde, że nie ma. Więc do domu z powrotem, patrzę i oczom nie wierzę… a potem piana na usta i drgawki. W domu pobojowisko, dziecko przed komputerem, wyluzowane bo w końcu o co mi chodzi, do jutra się zdąży. Kto się zdąży pytam jeszcze uprzejmie, siłą woli jedynie powstrzymując się przed uduszeniem małego padalca. A potem zaczęła się droga przez mękę. Wynieś, dziecko, śmieci. Śmieci wyniesione, dziecko zniknęło. Zlokalizowałam gada na górze, więc się drę, złaź na dół i rozpakuj zmywarkę. Rozpakował i znowu się ulotnił na górę. Znowu się drę żeby może jednak coś w domu zrobił, a on do mnie, że o co chodzi i dlaczego krzyczę. Moje dziecko jest jak cholerny komputer z przestarzałym systemem (typu DOS) – jest w stanie wykonać tylko jedną czynność na raz, a każda czynność musi być zasygnalizowana osobno, albowiem najwyraźniej nie jest logicznym następstwem poprzedniej. O Boże! Nadmienię, że powrót taty z pracy niewiele zmienił, to znaczy ja się wzięłam za prasowanie a panowie za oglądanie telewizji. Poddałam się, bo jak się wściekam to mi cukier skacze niemiłosiernie i potem go nie mogę ustabilizować. Bo mam, nową towarzyszkę do końca życia, na razie próbuję z nią walczyć tabletkami ale wyniki są rzekłabym mizerne, więc pewnikiem skończy się na zastrzykach. Przekichane.

Czekam na wiatr…

A tak naprawdę czekam na maila. Dawno nie czekałam na maile, ale te, które dostawałam przez ostatnie kilka dni kazały na siebie czekać. Najmilsze ze wszystkiego jest to niecierpliwe drżenie, kiedy otwieram pocztę, a potem jeszcze większe drżenie, kiedy widzę tak oczekiwanego maila. I nawet jeżeli to tylko kilka słów, cieszę się, że jest.
Chociaż może po tym, co dzisiaj napisałam, więcej maili nie będzie… Nic to, fajnie że choć przez chwilę były :)

Po weselu Asika i Żeberka

Jednak wesele w Polsce, to wesele w Polsce – człowiek wraca zadowolony :) Nie tak, jak w Irlandii, kiedy jedzenie znika ze stołu o 22, a jak chcesz się upić, to musisz sobie kupić ;) Weselisko było jak ta lala, chociaż teściom i generalnie "tamtej stronie" się nie podobało, bo zmyli się bardzo wcześnie. Matko, co to była za ekipa. Wyżej sram, niż dupę mam (bez obrazy, Żeberko, ale jak ktoś mi rzuca w pierwszej minucie rozmowy tekst "mój mąż to się w życiu nie napracował bo całe życie był prezesem i tylko paluszkiem pokazywał co ma być zrobione" to co ja mam myśleć o kimś takim). Rodzina młodego wykazała nami niejakie zainteresowanie (państwo podobno z Irlandii przyjechali?), ale ponieważ żadne z nas nie jest prezesem ani dyrektorem, zainteresowanie szybko minęło. A pies z nimi tańcował, ważne, że impreza była udana, panna młoda wyglądała ZJAWISKOWO, a młody był przystojny, jak zwykle. Miejsce na weselisko przeurocze, otoczone zielenią, powietrze nieprawdopodobnie świeże a łóżka w hoteliku wygodne. Z Polski wróciliśmy troszeczkę przed planem, ale tutaj już zasługi położyła moja rodzina, która najpierw mi zrobiła scenę rodem z cyrku a potem się na mnie obraziła że pojechałam bez pożegnania. I oczywiście znowu ja jestem wzystkiemu winna – żeby nie dać im w takim razie powodów do kolejnych narzekań, nie planuję się tam pokazać, chyba, że będę musiała. Cieszę się, że już jestem w domu, dobrze mi na tej wyspie i każdy powrót do Polski kończy się totalnym wk…wieniem, z takich czy innych powodów. Jedyne, co dobre to to, że zrobiłam sobie badania, wszystko wygląda w miarę OK poza cukrem, trzeba iść do doktora i podpytać co z tym robić, bo nie spadł nic a nic. Cóż, jak to mówią, starość nie radość :) Ale damy radę bo jak my nie damy, kto da?

Bo życie zaczyna się po czterdziestce?

Sprawdzę sobie empirycznie, czy to prawda, czy może ludzie tylko poprawiają sobie humory takim gadaniem. W każdym razie moje 40 urodziny były wyjątkowe. O 40 imieninach jednakowoż wszyscy prawie zapomnieli, ale to nic. Wszak urodziny ważniejsze.
Dostałam w prezencie dzień niespodzianek. Od rana rozdzwoniły się i rozesemesowały telefony. Poszłam do biura, bo miałam coś do zrobienia, potem spotkanie służbowe z Paulem z Revenue i zrobiła się prawie 17. Zadzwoniłam do Pana Małżonka z pytaniem, czy czekać na niego te 30 minut czy też może jechać do domu a on dojedzie. Powiedział, żeby czekać. Wstąpiłam sobie do sklepu marząc, że może coś fajnego trafię na wyprzedażach, ale zawiodłam się srodze – ubranka, które mnie interesowały wyglądały lepiej na wieszakach, niż na mnie. A brązowy komplet, którym się zachwiciłam okazał się być w nieodpowiednim dla mnie odcieniu brązu… Tak więc nie sprawiłam sobie ciuchowego prezentu na urodziny.
W sklepie dołączył do mnie Pan Małżonek z tajemiczą torbą w ręku i z jeszcze bardziej tajemniczą miną. Pobiegliśmy na przystanek autobusowy, autobus nawet przyjechał – o dziwo! i pojechaliśmy do domu. W torbie wypatrzyłam tort – co za niespodzianka! Oczywiście dowiedziałam się, że przede mną się nic nie ukryje ;) Do domu zajechaliśmy zdrowo po 18 – jak zwykle, korki Dublińskie i głupie 8 km jedziesz półtorej godziny. Chciałam wziąć się za obiad, ale usłyszałam że nie ma mowy, że dzisiaj świętuję i jak chcę to mogę sobie wejść do wanny i się zrelaksować. Bosko, kocham się moczyć w wannie :) A jak wyszłam już z łazienki, wytaplana i zadowolona, zastałam na dole znajomych z kwiatami i prezentami – co za niespodzianka! A jeszcze większą niespodzianką był najfajniejszy prezent jaki kiedykolwiek dostałam – weekend w spa! Od wszystkich uczestników zamieszania (a w sumie to prawie wszystkich, bo jedna para o ile wiem, nie partycypowała w kosztach :) ). Pomysł wyszedł od Pana Małżonka i to on zainicjował całą akcję i przeprowadził ją za moimi plecami. Nie mogłam się po prostu doczekać wyjazdu i oczyma wyobraźni widziałam już wszystkie te przyjemności, króre mi zafundowano. Wieczór upłynął mi bardzo przyjemnie – dziękuję wszystkim, a zwłaszcza organizatorowi :)

Mam marzenie…

Marzę o tym, żeby choć raz, jeden, jedyny, być i czuć się piękna. Dla Ciebie. Dla mnie. Dla nas.
Chciałabym, żeby ktoś ładnie mnie ubrał, uczesał,  umalował i zrobił mi najpiękniejsze zdjęcie na świecie. Żebym mogła to zdjęcie pokazać moim wnukom i wiedzieć, że powiedzą: babciu, jaka Ty byłaś piękna!
To prawda, że nie jestem Penelope Cruz i nigdy nie będę. A to znaczy, że nie będę mogła choćby zbliżyć się do Twojego wyśnionego i wymarzonego wizerunku, który przecież znalazłeś. Ale chciałabym, żebyś chociaż jeden, jedyny raz spojrzał na mnie tak, jak na Twoją wymarzoną, ukochaną Penelope. Tą Penelope, której oglądanie kiedyś sprawiało mi przyjemność, a teraz budzi we mnie agresję. Tą Penelope, która zawsze będzie Twoją ukochaną, niezależnie od okoliczności.

Jeszcze noc, jeszcze dzień i jeszcze pięć :)

Tak, tyle muszę przeżyć żeby dotrwać do świąt. To będą ostatnie takie święta – tak czuję. Może to dobrze, może to źle – wszystko mi jedno, żadne już nie będą takie same, co więcej, mogą być tylko lepsze. Przynajmniej na jednym froncie skończą się walki, nie będzie użerania i w ogóle będzie ekstra.
Tęsknię do świąt a potem ich nienawidzę. Czekam na nie, a kiedy już pzychodzą to chcę, żeby jak najszybciej minęły. Każde kolejne święta dają mi świadomość nieuchronnego przemijania i w pewnym sensie zmuszają brutalnie do zrozumienia, że nic nie jest takie, na jakie wygląda. Zero szczerości, zero prawdziwości, wszystko na pokaz. Czas dawania, wybaczania i zapomnienia. Czy na pewno zapomnienia? Mam wrażenie, że w moim przypadku to jest czas przypominania, tylko te wspomnienia jakoś nie chcą być miłe i radosne. Czy pamiętasz te pierwsze święta, które spędziliśmy razem? Wydawało mi się, że będzie tak, jak na obrazkach z reklam: ty, ja, rozświetlona choinka i dużo, dużo uśmiechów. Było zupełnie prozaicznie… A potem te święta, które spędziliśmy osobno. Pierwsze, bo Ty tak chciałeś. Nie ubrałam wtedy nawet choinki. I przepłakałam całe święta bo nie potrafiłam w sobie znaleźć siły na choćby odrobinę radości. Drugie osobne święta były jakby naszym wyborem. Też nie były miłe, chociaż się starałam. A kolejne? Spędzane w gronie znajomych (albo i nie) zostawiły we mnie ziejącą czeluść, której nie umiałam wypełnić. Jakie będą te święta? Nie wiem, ale mam przeczucie, że znów będą zbyt długie… Bo nic nie jest takie, na jakie wygląda.

Dziwne zdarzenie…

Niedziela, dzwoni telefon. Słyszę w nim: dzień doby moje ukochane słoneczko. Spoglądam przed siebie, mój Pan Małżonek przy komputerze, nie widać, żeby telefon miał przy uchu albo inny wynalazek, wyświetla mi się numer z Polski… Czarujący głos mówi, że mam najpiękniejszy głos na świecie i gdybym nie miała męża i dziecka… Poczułam się nieswojo, bo z jednej strony to łechce próżność, bo ktoś ma w nosie to, jak wyglądam i ma odwagę powiedzieć mi, że go pociągam, ale z drugiej strony takie głupie uczucie i brak słów. Bo co mam powiedzieć takiemu facetowi? Nie chcę urazić, ale jednocześnie nie chcę zachęcać. Mam męża, którego kocham i który stara się pokochać mnie, mam cudne dziecko, mam rodzinę i nie chciałabym tego zniszczyć. Z drugiej strony jestem spragniona takiego szczerego, prawdziwego uczucia – nie wypracowanego, ale takiego, które stanie się samo z siebie. Bo to, które mam koło siebie, wypracowane, w końcu i tak okaże się czymś, co de facto nigdy nie istniało. Gorzka i smutna prawda. Cóż, nasza osobisto – jednorazowo – telefoniczna znajomość potrwa do środy a potem… potem się zobaczy. Co ja gadam. Nic się nie zobaczy. Powie się ‘do widzenia’ i tyle.

I miło jest być utopioną w czyichś ramionach tak szczerze, a nie dlatego, że tak wypada. Przytulić się tak, po prostu i wiedzieć, że ta druga osoba też się tak, po prostu, przytula, Czasami jest miło. A czasami po prostu jest.

  • Aktywowałeś drugi pasek boczny. Dodaj tutaj widgety z kokpitu aby usunąć tą wiadomość.